header j1

Tak, tak szanowni Państwo, Jeremi Przybora miał swój świat. Oczywiście jako artysta, satyryk i poeta. Sama delikatność, chciałoby się powiedzieć, umiar, wyważenie i elegancja. A poza tym cudotwórca. Nie był, ale jest. Piosenki pozostały i niezmiennie obezwładniają. Niektórzy mówią, że to wyrafinowany żongler (chodzi im o posługiwanie się słowem), a ja temu całe życie zaprzeczam, gdyż Pan Jeremi nie bawił się słowami jedynie ku naszej uciesze. Owszem wprawiał nas w dobry humor, również przez tę zabawę, Ale tykał spraw poważnych, którymi przejmujemy się codziennie, trudnych, nurtujących i ważnych. A kiedy je tknął, zamieniał w lekkie godne politowania problemiki. Przytoczę tu kilka tytułów: Przyborowych piosenek, które mą tezę wspierają: "Portugalczyk Oskulati", "I co ja ci zrobiłem", Tanie dranie", "Już kąpiesz się nie dla mnie", "Wesołe jest życie staruszka", "Ballada z trupem", "Bądź dobry dla męża", "Inwokacja - bez Ciebie jestem smutny". "Przeklnij mnie", "Zosia i ułani". Podnosił również rzeczy błahe do pomnikowej niemal tragedii i rangi w tym samym zresztą celu. I znów wymienię: "Dziecię tkaczy", "Jeżeli kochać", "Rodzina, rodzina", "Herbatka", "Żegnajcie uda pani Lali", "Zimy żal", "W czasie deszczu dzieci się nudzą", "SOS". Ot taki duch przekory Jeremiego Przybory. Zresztą cała twórczość Pana Jeremiego była przekorą. Tworząc w czasach szarej siermiężnej zideologizowanej sockultury postawił na finezję, wyrafinowanie, wdzięk i piękno. A był w swej twórczości tak ujmujący, że Peerelowskie media, nie umiały tego zjawiska pominąć i Telewizja i Radio wybaczały mu, iż nie głosi ideologii tylko w sockulturowy sos wsypuje przyprawę temu sosowi przeciwną, pozbawioną pozornie idei. A idea przecież była - zbliżyć szaremu człowiekowi jego życie, oswoić je i polubić.

"Kabaret starszych panów" tworzony przez autorski duet Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego to telewizyjne zjawisko, którego z niczym nie da się porównać. Jak to było możliwe, że w tamtych czasach pojawiali się na ekranach dwaj Panowie we frakach i szapoklakach, atrybutach znienawidzonych przez soc-ideologów, atrybutach klasy odrzuconej, bo winnej wszystkiemu złu przedwojennej Polski. To nie było możliwe, a jednak się stało. To był właśnie ten cud, o którym wspomniałem już na wstępie.

Nie lubię kabaretu w jego obecnym kształcie, tym lansowanym przez telewizję, który stara się poprzez kabaret mnie rozśmieszyć za wszelką cenę. Cena jest słona, gdyż dzisiejsi kabareciarze odchodzą od zmysłów, by zaspokoić oczekiwania mas. Jeśli telewizja wymaga, by twórczość kabaretowa była przystępna dla szerokiego odbiorcy, wówczas twórczość upodabnia się do reklamy. Kabareciarze przestają mówić swoim językiem, a zaczynają mówić językiem mas, tych wymyślonych, być może nieistniejących. Bo może nie trzeba schodzić tak nisko, by sięgnąć szeroko. Gdy chce się mówić do wszystkich, bywa, że nie dotrze się do nikogo.

Z niezgody na to obecnie szeroko wylansowane zjawisko narodził się pomysł konkursu piosenki kabaretowej imienia Jeremiego Przybory. Z pewnością są ludzie, którym Twórczość Pana Jeremiego nie jest obojętna i są też tacy, którzy pragną etos tego zadziwiającego zjawiska podtrzymywać. Pan Jeremi umiał wprawiać w dobry nastrój. A cóż lepszego nas może spotkać niż uśmiech nad własnym losem.

Marek Bartkowicz